Do pierwszej zagranicznej wycieczki na "nowym" motocyklu ruszyliśmy standardowo z jednogodzinnym opóźnieniem. Przez początkowe kilometry towarzyszyło mi bardzo dziwne uczucie. Jadę FJRką bez bagażu, a w dodatku nie jedzie obok nasz stały kompan - Wojtek. Cały ekwipunek samochodem wiezie Ewelina. Przed południem docieramy do Bochni, gdzie zostawiamy Toyotę u kolegi Marcina, który zaopiekuje się nią przez kilka tygodni. Po zamontowaniu bagażu oraz zatankowaniu pod korek, ruszamy w kierunku Słowacji. Upał najbardziej doskwiera, gdy przejeżdżamy w powolnym tempie przez tereny zabudowane u naszych południowych sąsiadów. Termometr wskazuje nawet 36 stopni. Po kilku godzinach monotonnej jazdy przez zielone równiny, często przystając na uzupełnienie płynów, docieramy do węgierskiej miejscowości Hajduszoboszlo na camping Hajdu w samym centrum. Po szybkim rozbiciu namiotu i odświeżającym prysznicu udajemy się do pobliskiej knajpki na zasłużony posiłek i zimne, lokalne piwko. Przy głównej ulicy, z wielu miejsc daje się słyszeć polską muzykę, co pozwala się poczuć trochę jak u siebie mimo niezrozumiale brzmiącego języka naszych "bratanków".
































